| Śladami Linnaeusa czyli Gotlandia 2009 |
Carolus Linnaeus (Carl von Linné) – szwedzki przyrodnik i medyk, profesor uniwersytetu w Uppsali żyjący w latach 1707 – 1778. W 1741 roku wyprawił się wraz z sześcioma studentami na Gotlandię. Ta wyprawa zaowocowała opisaniem wielu gatunków roślin rosnących na wyspie a także życia i zwyczajów mieszkańców Gotlandii.
Wyprawę na Gotlandię zaczęliśmy (my, czyli Joanna i Roman) planować już wiosną. Cel był taki: objechać w 12 dni Gotlandię dookoła. Oczywiście zwiedzając przy tym co tylko się da. Z Gdańska przepłynęliśmy promem do Nynashamn a potem drugim promem z Nynashamn do Visby.
Zajęło to noc i cały dzień. Pierwszy nocleg
wypadł nam
W Muzeum historycznym oglądamy kamienie runiczne i inne pamiątki z przeszłości. Ciekawe jest piętro z salkami urządzonymi na wzór dawnych mieszkań, w których przy stołach siedzą postacie historyczne. Ciekawe są też sale edukacyjne dla dzieci. Mogą zabawić się w archeologa i szukać w dużej piaskownicy kości wymarłych zwierząt, można popracować nad rekonstrukcją szkieletu na stole laboratoryjnym, przeglądać księgi itp. Na ostatnim piętrze są różne fajne maszyny, które pokazują na przykład działanie elektrowni wiatrowej, camery obscury itp, oraz plansze ze złudzeniami optycznymi. W salach tych oczywiście najwięcej uciechy mają dzieci ale i dorośli także kręcą korbkami próbując wytworzyć prąd ;) Zostawiamy rowery na dziedzińcu muzeum i miasto zwiedzamy na piechotę. Obejście murów z zachodzeniem do kościołów (tych w całości i tych w ruinie) zajmuje nam około 4 godzin. Zabieramy nasze rowery z muzeum i ruszamy na północ. Jedziemy trasa oznakowaną jako Gotlandsleden. Pogoda piękna więc jazda całkiem przyjemna. Około 15 docieramy do groty Lummelunda. Najpierw oglądamy film o odkrywcach groty, potem z przewodnikiem idziemy obejrzeć podziemia. Za 100 koron można przejść jedynie łatwą trasą turystyczną. Aby poznać grotę dokładniej trzeba zapłacić 580 koron i mieć ubranie pozwalające czołgać się przez błoto i wodę. Ale trasa turystyczna też jest ciekawa.. Po posiłku ruszamy dalej szosą nr 149. Po nocy na dziko - tę chcemy spędzić na kempingu. Zajeżdżamy do Lickershamn, gdzie według mapy powinien być kemping. Niestety mapa jest już nieaktualna. Kemping tam kiedyś był ale teraz straszą tablice z napisem "Camping forbjuden". Czyli nawet na dziko nie można. Linnaeus, który zatrzymał się w tym miejscu 268 lat temu nie miał takich problemów. Jedziemy więc do Kappelshamn. Droga prowadzi przez wyschnięty płaskowyż. Sucho, skaliste podłoże, mchy i niewysokie zarośla. Z obu stron elektryczne ogrodzenia i tabliczki Naturreservat. Kemping w Kappelshamn na szczęście jest czynny. Dość dobrze wyposażony, jedyny feler to roje much atakujących nas przy kolacji.
Trzeci dzień to jazda z Kappelshamn na wyspę Faro. Pogoda z rana piękna w ciągu dnia się pogarsza. Po drodze zwiedzamy skansen w Bunge (całkiem ciekawe miejsce) oraz kościoły w Fleringe i Faro. Na cmentarzu przy tym drugim pochowani są Ingmar Bergman z żoną. Z tablicy obok kościoła dowiadujemy się, że Linnaeus w Faro poznał tajemnicę impregnacji lin okrętowych. Gdy ruszamy z Faro zaczyna padać deszcz i robi się zimno. W takich warunkach lepiej nocować na kempingu. Znajdujemy taki we wsi Fifang. Namiot stawiamy w deszczu. Na szczęście nasze sakwy nie przemokły i możemy przebrać się w suche ubrania.
Czwarty dzień, po burzliwej nocy, wstał pochmurny i wietrzny.
Wczoraj osiągnęliśmy najdalej na północ położony punkt naszej wyprawy i dziś
ruszamy już na południe. Najpierw jedziemy do Langhammars zobaczyć największą
atrakcję Faro – raukary. Po drodze spotykamy trójkę rowerzystów, z których
dwoje ma sakwy ze znaczkiem crosso. Pozdrawiamy się „w biegu”. Przed Langhammars
wiatr jest tak silny, że przez prawie
Z Langhammars do Later jedziemy cały czas walcząc ze złymi
duchami Faro, które atakują nas przeciwnym wiatrem i deszczem. Walka jest tak
wyczerpująca, że po przejechaniu zaledwie
Dzień piąty. Już wczoraj wieczorem wypogodziło się ale noc była raczej zimna. Dziś opuszczamy niezbyt gościnną dla nas wyspę Faro i wracamy na Gotlandię. Na promie z Broa do Farosund oprócz nas z rowerami tylko 3 samochody. W Farosund uzupełniamy w supermarkecie ICA nasze zapasy. Za bardzo nie szalejemy bo ceny - po przeliczeniu na złote - 3 razy wyższe niż w Polsce. Gdy wychodzimy ze sklepu pogoda chcąc nam wynagrodzić tę drożyznę i swoje kaprysy na Faro, poprawia się. Im dalej jedziemy na południe tym cieplej się robi.
W
Bunge zwiedzamy kościół. W Rute, gdy odpoczywamy przy punkcie informacyjnym,
wyprzedza nas trójka rowerzystów spotkanych na Faro. Ruszamy 10 minut po nich.
Po godzinie jazdy najpierw szosą nr
W Gothem zwraca naszą uwagę kościół
z bardzo wysoką wieżą. Jedziemy tam ale kościół jest zamknięty, więc zwiedzamy
tylko przykościelny cmentarz. Krótko przed 18 decydujemy, że trzeba poszukać
miejsca na nocleg. Z mapy wynika, że jest jakieś oznakowane kąpielisko w
Hammars. Jedziemy tam mając nadzieję, że może będzie takie jak przed Aminne.
Ale tu jest tylko skromny kawałeczek plaży, betonowy pomost, toitojka i kilka
drewnianych domków. Mimo to, miejsce podoba się nam. Odciągamy po plaży nasze rowery
kilkadziesiąt metrów od domków i stawiamy namiot. Dziś był bardzo długi,
przyjemny dzień i długi etap. Przejechaliśmy
Szóstego dnia budzi nas krzyk mew. Słońce już wysoko. Zużywam na poranną kawę ostatnią butlę wody. Tutaj nie ma gdzie nabrać świeżej. Nabierzemy gdzieś przy jakimś kościele po drodze. Ciężko pcha się obładowane rowery po piaszczystej plaży, wyprowadzamy więc je na drogę a potem donosimy sakwy. Po kilku minutach od opuszczenia plaży znów jesteśmy na Gotlandsleden. Jedziemy początkowo przez las, potem między łąkami. Przejeżdżamy przez liczące po kilka zagród wioski Fjale, Bender, Vidfalle. Katthammarsvik to małe miasteczko, chyba nawet kiedyś odpływały stąd jakieś statki albo promy bo jest tu mały port z betonowym nabrzeżem i molo.
Mają tu też supermarket ICA gdzie robimy zakupy. Przede wszystkim butla wody mineralnej, ale też chleb i czekoladę. Za Katthammrsvik zaczyna się skalny rezerwat. W Ostergarn zatrzymujemy się przy kościele. Zamknięty. Nabieramy wody i zwiedzamy cmentarz. Uwagę zwraca oryginalny pomnik w kształcie dużej łodzi zbudowanej z kamieni, poświęcony marynarzom i rybakom, którzy stracili życie na morzu. Godzinę odpoczywamy przy stole piknikowym. 30 minut później zatrzymujemy się w Herrvik. Mała rybacka osada z portem rybackim i jachtowym oraz szeregiem brązowych domków letniskowych. Za Herrvik jedziemy żwirową ścieżką przez las. Potem tuż przy morzu.
Zatrzymujemy się przy skalistej plaży. Czysta woda zachęca do kąpieli. My jednak tylko brodzimy w płytkiej wodzie.
Po 20 minutach jedziemy dalej. To chyba najładniejszy odcinek dzisiejszego etapu. Z prawej las, z lewej morze. Co kilkaset metrów mijamy ukryte między drzewami schrony. Teraz chyba już nieużywane. Miały zapewne chronić wyspę przed atakiem ze wschodu. Oznaczone na mapie jako miasteczka Sysne i Davide to skupiska kilkunastu domów.
Zwiedzamy ciekawy kościół w Gammelgarn. Z zewnątrz kościół podobny do innych na Gotlandii ale w środku wystrój jest trochę bogatszy. Zabytkowa chrzcielnica, ambona z klepsydrą przypominająca dla kaznodziei o upływie czasu, rzeźbiony ołtarz i malowane ławki. Ljugran jest miastem o wczasowym charakterze. Rozległy kemping nad samym morzem, jakieś ośrodki wczasowe, lodziarnie, fastfoody. Zastanawiamy się czy nie zostać na noc na kempingu, jednak cena nie zachęca. Poza tym dla namiotów przeznaczony jest tu otwarty plac, po którym spaceruje mnóstwo ludzi. Korzystamy więc tylko z okazji i napełniamy nasze butelki wodą a potem przy jednym ze stołów obok kempingu robimy i jemy obiad. Obok Ljugarn w Folhammar jest rezerwat z raukarami. Robimy tam sobie sesję zdjęciową.
Te nie są ani tak posępne ani wysokie jak tamte na Faro ale też robią wrażenie. No i pogoda dziś całkiem inna. W Ljugarn oraz wśród raukarów spędzamy w sumie ponad godzinę. Jedziemy na południe w kierunku Lau. Mijamy jakieś skupisko kamieni. To cmentarz sprzed ponad 2000 lat w Galrum. Stąd pochodzi większość kamieni z malowidłami, które widzieliśmy w muzeum w Visby. Czas rozglądać się za noclegiem. Chcemy znaleźć podobne miejsce jak wczoraj. Z mapy wynika, że jakieś kąpielisko jest w okolicy Tuten. Dojeżdżamy do małej plaży na której jest kilka osób. To surferzy, pakują właśnie swoje deski i wygląda na to, że zaraz sobie pójdą. Tuż przy plaży jest mały placyk wśród trzcin. Stawiam namiot i robię kolację, potem idę zobaczyć morze. Surferzy odjechali ale przyjechała jakaś rodzinka. Woda przy samym brzegu jest mętna i śmierdząca ale kilkanaście metrów dalej już można się kąpać. Przybysze popływali trochę i odjechali. Zostaliśmy sami.
Dzień siódmy. Chociaż wczoraj miejsce naszego noclegu wyglądało na często odwiedzane przez miejscowych to w nocy nikt nas nie niepokoił. Za to rano pierwsi chętni na kąpiel w morzu przyjechali zanim jeszcze zwinęliśmy namiot. Krótko przed dziewiątą jesteśmy już po śniadaniu, spakowani i gotowi do odjazdu. 10 minut później przejeżdżamy przez Botvide. W Kaupane porzucamy na jakiś czas Gotlandsleden i jedziemy do Lau zobaczyć kościół.
Kościół wyróżnia się tym, że jest trzynawowy czyli większy od dotychczas poznanych. Poza tym zwracają uwagę rysunki naścienne, na których ukrzyżowany Chrystus się uśmiecha. Przy kościele są także ruiny po innym starszym kościele oraz cmentarz. Z Lau jedziemy do Nar. Tam też jest interesujący kościół. Kilkaset metrów przed Nar pęka mi w tylnym kole szprycha. Wymiana szprychy i wycentrowanie koła zajmuje mi prawie godzinę. Potem zwiedzamy kościół. Ten jest mniejszy niż w Lau bo dwunawowy. Za to ładniejszy. Zachwyca rzeźbiony ołtarz i bogato zdobiona ambona z klepsydrami. Z Lau kierujemy się na Eke. W Hallsarve wracamy na Gotlandsleden. O ile wczoraj jechaliśmy przeważnie wśród lasów to dziś otaczają nas pola i łąki. Więcej też jest zabudowań. W Alarve skręcamy do Ronehamn. Nie dlatego, że spodziewamy się zobaczyć tam coś bardzo interesującego ale po prostu rozglądamy się za jakimś fajnym miejscem na dłuższy odpoczynek połączony z obiadem a Ronehamn leży nad samym morzem. Znajdujemy fajne miejsce na terenie nie ogrodzonego kempingu. Za postawienie namiotu się płaci ale stoły piknikowe są dostępne za darmo. W obiedzie przeszkadza nam wróbelek – żebrak. Skacze po stole, wskakuje na lusterko potem na sakwy. Wcale się nie boi.
W Eke zaliczamy kolejny kościół. Tu również ściany są pokryte rysunkami. Kościół wygląda na bardzo stary. Kościół w Grotlingbo, chociaż z daleka wygląda ciekawie, omijamy. Dziś zaliczyliśmy trzy i wystarczy.
Za Fidenas zatrzymujemy się na przydrożnym parkingu. W
oddali po drugiej stronie zatoki Burgsviken, widać dziesiątki śmigieł
elektrowni wiatrowych. A tuż za płotem pozują do zdjęć czarne owce. Śmiejemy
się ze znaku informującego, że do najbliższej toalety jest
Za noc na kempingu w Burgsvik płacimy 125 koron. Kemping ma własny basen i jest dobrze wyposażony.
Dzień ósmy przywitał nas bezchmurnym niebem. Dziś mamy zamiar osiągnąć położony najdalej na południe punkt trasy Gotlandsleden czyli Hoburgen. Pogoda jest piękna i jedzie się bardzo przyjemnie. Teren raczej słabo zalesiony. Przeważnie pastwiska.
Mijane wiatraki wskazują, że nie zawsze jest
tu tak bezwietrznie jak dziś. W Bottarve mijamy starą farmę – muzeum. Mamy mało
czasu więc zerkamy tylko na budynki z zewnątrz. Tuż przed Vamlingbo strzałki na
znakach Gotlandsleden każą nam zjechać z drogi nr 142 w kierunku morza. Po
prawie
Po kilku kilometrach las się kończy i mamy piękny widok na wielki błękit. Po prawej morze, po lewej wzgórza z niewielkimi kępami drzew. Na szczyt jednego z takich wzgórz prowadzi ścieżka.
Dla rowerów jest jednak za stromo i wąsko. Zostawiamy rowery na klifowym nabrzeżu i wchodzimy (znaczy ja wchodzę bo Joanna wbiega jak kozica) na szczyt. Widok stąd jest wspaniały. Przed nami morze, za morzem gdzieś tam niewidoczna Szwecja. Na prawo i na lewo postrzępione klifowe wybrzeże a poniżej droga. Za drogą zabudowania starej kopalni kamienia, tam jeszcze zajedziemy. Schodzimy w dół i jedziemy do kopalni. Wstęp wolny. Oglądamy wystawę zdjęć przedstawiających historię kopalni, o tym jak się wydobywało tu kamień jeszcze kilkadziesiąt lat temu. W muzeum można obejrzeć też działające jeszcze maszyny do obróbki kamienia. Można w końcu zabawić się w kamieniarza i wykuć coś na kamiennym murku otaczającym kopalnie. Oczywiście próbujemy ale nie jest to takie łatwe. Dłuta są tępe a skała twarda. Kamieniarzowi, który tu pracuje, idzie to o wiele sprawniej. Za kolejnym zakrętem wyłania się widok na piękne skały. To Hoburgen, jedna z atrakcji Gotlandii i chyba żelazny punkt wycieczek, bo na parkingu niedaleko skał stoi kilka autokarów. No i masa oglądających. Zostawiamy rowery przy jednej ze skałek i idziemy najpierw zobaczyć małą jaskinię, do której wejście jest kilkanaście metrów dalej, a którą Linnaeus 268 lat temu nazwał sypialnią.. Potem łazimy po skałkach. Nie ma tu żadnych ograniczeń, żadnych ogrodzeń. Każdy może wchodzić gdzie chce. Skały mają fantastyczne kształty a jedna ma nawet żółty dziób i oczy ;) Oczywiście robimy dużo zdjęć. Nasza sesja na skałach trwa ponad pół godziny.
Gdy schodzimy do rowerów jest prawie 14. Czas na małe co nieco. Akurat zwolnił się stół pod skałami. Urządzamy więc sobie piknik pod wiszącą skałą ;) Trochę ponad pół godziny później jesteśmy na Gotlandsleden. Od tej pory znów jedziemy na północ. Droga prowadzi wśród wyschniętych pastwisk poprzegradzanych kamiennymi murkami. W Sundre zatrzymujemy się przy kościele. Kościół podobny do innych na Gotlandii. Jedna nawa, rysunki na ścianach, po prawej ambona, po lewej figura, przy kościele cmentarz. Oprócz cmentarza jest tu jeszcze okrągła, zbudowana z kamieni wieża. Wchodzimy na górę. Morza stąd jednak nie widać. Następny postój robimy przy kościele w Vamlingbo. Ten jest większy i Bogackiej zdobiony. Zwracają uwagę wielkie malowidła na ścianach. Na jednym św. Krzysztof przenosi Jezusa przez wodę a na drugim Archanioł z wagą waży jakiegoś króla.
Za Fidenas wjeżdżamy na drogę nr 140. Mijamy kilkanaście
wiatraków wytwarzających prąd. Czas rozglądać się za miejscem na nocleg.
Nisseviken oznaczone na mapie jako miasteczko okazuje się być skupiskiem
kilkudziesięciu domów stojących w lesie w sporej od siebie odległości i trudno
tu znaleźć miejsce oddalone od zabudowań o
Długą, prawie czterokilometrową prostą przez las
dojeżdżamy do Burge. Tam skręcamy na drogę nr 140. Potem, po
Dziewiątego dnia wstajemy późno. Słońce przewędrowało już kawał drogi po niebie a my dopiero śniadanie robimy. Ale ten długi sen spowodowany był wczorajszym zmęczeniem i tym, że na miękkim mchu wyjątkowo dobrze się spało ;) Jedziemy przez las. W Snoder wjeżdżamy na trasę Gotlandsleden i las zmienia się w pastwiska.
Mijamy
kilka wiatraków. Wyglądają jakby jeszcze niedawno mielono w nich mąkę. Znów
wjeżdżamy w las, droga kilka razy zakręca pod kątem 90 stopni. Łąka i kolejne
wiatraki. Na zachodnim wybrzeżu Gotlandii Don Kichot miałby dużo przeciwników
;) Przed Burge trasa Gotlandsleden celowo została poprowadzona tak, żeby
zahaczyć o wiatraki w Ajvide. Gdyby nie te wiatraki mielibyśmy
Kilka kilometrów za Kronvald odpoczynek. Właściwie to wcale nie jesteśmy zmęczeni ale ponieważ miejsce jest piękne i jest tu stół piknikowy więc zatrzymujemy się. Zdejmuję buty i włażę do wody. Czysta i ciepła. Linnaeus też tu kiedyś moczył nogi a potem podarł ubranie o rosnące tu twarde osty. Ale dzięki temu zwrócił uwagę na te osty. Djauvik to kolejna osada letniskowa. Im bliżej Visby tym więcej takich osad. Za Djauvik wjeżdżamy na drogę nr 140 i już nie jest tak spokojnie. Musimy uważać na samochody. We Frojel zatrzymujemy się przy kościele na posiłek. Przy okazji uzupełniam także wodę. Kościół oczywiście też zwiedzamy. W Gannarve mijamy wielką łódź z kamieni. To stary grobowiec w kształcie łodzi. Kilka minut po 16 dojeżdżamy do Klintehamn. Na rogatkach wita nas wielki pingwin. Robimy zakupy. Przejeżdżamy jedną ulicą, drugą, przez jakiś park i wracamy na trasę Gotlandsleden. Za Klintehamn mijamy 2 kempingi ale naszym celem na dziś jest Tofta. Chcemy zatrzymać się tam na 2 noce.
To pierwszy kemping, na którym żądają od nas Skandynawskiej
Karty Kempingowej. Oboje mamy takie karty ale nieaktualne. Na szczęście
wystarczy uaktualnić jedną. Ta karta to, podobnie jak karta FICC, jedynie
naciąganie turystów na dodatkowe opłaty. Ale nie mamy wyjścia i dopłacamy te
130 koron. Kemping w Tofta jest bardzo duży, do morza mamy jakieś
Dzień dziesiąty. Tofta to duże kąpielisko. Gdy jest ładna
pogoda, taka jak dziś, to ściągają tu amatorzy plażowania z połowy Gotlandii.
My na plażę mamy zamiar iść dopiero po południu. Teraz bez bagażu wyruszamy do
Romy. Rowery bez obciążenia wydają się jakby nic nie ważyły. Wnętrze wyspy
różni się od wybrzeża. Więcej tu uprawnych pół i drzewa są wyższe. No i zapach
jest inny, bardziej wiejski ;) Przejeżdżamy przez wsie, które wyglądają jak
wsie a nie jak letniska. Krowy, gnój, traktory. Czasami asfalt zamienia się w
bruk. Pierwszy odpoczynek robimy po przejechaniu Jedziemy przez Kvie, Levide, Kulstade, Suderbys. Do Romy dojeżdżamy przed 13 ale ruiny klasztoru Cystersów znajdują się kilkaset metrów w bok od Romy. Prowadzi tam piękna, wysadzana drzewami aleja. Same ruiny klasztoru trochę rozczarowują. Spodziewałem się czegoś większego i bardziej majestatycznego. Obecnie w ruinach jest urządzony amfiteatr. Z Romy wracamy przez Romakloster, Bjorke, Isums. W Bender odpoczywamy na przystanku autobusowym. Obok jest stara stacja benzynowa z fajnymi dystrybutorami w stylu lat 60-tych. Za Eskelhem wjeżdżamy na drogę, którą jechaliśmy do Romy. Potem przez Ekeby i Bjars do drogi nr 140 i przed 17 kończymy etap przy naszym namiocie na kempingu w Tofta. Na noc zostawiam w otwartej pralni baterie do aparatu do naładowania. W Polsce bym tego nie zrobił. Tutaj, jak zauważyłem, wszyscy tak robią.
Jedenastego dnia jest ostatni etap naszego „Tour de
Gotland”. Z Tofty do Visby jest około Wstęp do Vikingabyn jest free. Wioska to kilka domów prawie nie różniących się od tych ze skansenu w Bunge, wielki dom gdzie Wikingowie zbierali się na biesiady i narady oraz eksponaty typu żarna czy warsztat tkacki. Wszędzie można wejść, wszystkiego można dotknąć, wszędzie usiąść a nawet położyć się ;). Według mapy Gotlandsleden od Tofta Strand do Visby prowadzi cały czas przy drodze nr 140. Jednak my zaraz za Kroks spotykamy drogowskaz z napisem Visby kierujący w stronę morza. Lepiej jechać przy morzu niż przy ruchliwej szosie więc skręcamy. Po kilku kilometrach przyjemnej jazdy dojeżdżamy do wieży o niewątpliwie wojskowym przeznaczeniu. Dalej drogi nie ma, musimy zawrócić. Cofamy się kilkaset metrów do najbliższego skrzyżowania. Mijamy jakieś szlabany, na których jest znak zakaz ruchu. Ale są odstawione na bok więc zakaz nie obowiązuje. Wydaje się, że te szlabany dotyczą terenu wokół wieży, którą omijaliśmy.
Wjeżdżamy na rozległą równinę. Żwirowa droga co kilka
kilometrów krzyżuje się z innymi podobnymi drogami. Na każdym takim
skrzyżowaniu stoją tabliczki z nazwami ulic. Ta, którą jedziemy nazywa się
Suderbysveg. Dziwne, bo nie ma tu żadnych zabudowań. Mijamy co prawda czasami
jakie domy ale są one opuszczone. Gdy dojeżdżamy do dużej tablicy z czerwonym
krzyżem zaczynam się domyślać gdzie jesteśmy. Wygląda na to, że wjechaliśmy na
teren poligonu wojskowego. Żwirówka zmienia się w asfalt. Mijamy jakieś
wojskowe budowle. Wreszcie po ponad Asfaltową ścieżką rowerową dojeżdżamy do Lund a potem do Hogklint. Mijamy okazałą willę stojącą w parku. Po kilkunastu kilometrach jazdy w palącym słońcu potrzebujemy odpoczynku w cieniu, wjeżdżamy więc (a właściwie wchodzimy) przez parkową bramę. Zaraz za bramą czytamy na tablicy informacyjnej, że stojąca obok willa to była, letnia rezydencja księżniczki Eugenii a obecnie to miejsce nazywa się Fridhem i mieści się tu hotel. W głębi ogrodu za willą dostrzegamy altanę z gałęzi. Dobre miejsce na odpoczynek i posiłek. Po półgodzinnym odpoczynku opuszczamy altanę i ruszamy w kierunku Kneippbyn. Według mapy gdzieś po lewej powinien być Aquapark.. Wreszcie za kolejnym zakrętem ukazuje się nam ogromny parking a poniżej parkingu Aquapark. Rozglądamy się za małym drewnianym domkiem z różowymi okiennicami i zielonym dachem, dla którego to domku Kneippbyn znalazło się na naszej trasie. Nigdzie jednak nie widać zielonego dachu. Trzy młode Szwedki pokazują jak dojść. Zostawiamy nasze rowery na zewnątrz i wchodzimy za bramę Aquaparku. Jest domek! Ma zielony dach, różowe okiennice i żółte ściany. Wchodzimy do środka, bałagan a w jednym z pokoi stoi koń. Różowe łóżko w którym ktoś chrapie. Twarz zakryta ale rude warkocze mówią wszystko. Tak, to ona. Pippi Langstrump we własnej osobie. Ulubienica dziewczynek a i niejeden chłopak lubił ją za jej spryt i siłę. Wszystko w domku jest tak jak było na filmie. Buty na suficie, krzesło na ścianie, wielkie patelnie w kuchni. Obejrzenie domku i okolic zajmuje nam pół godziny. Na większe zwiedzanie trzeba mieć wykupiony wstęp za 300 koron. Kneippbyn to ostatnie miejsce zaplanowane przez nas do zobaczenia na Gotlandii. Przed nami „ostatnia prosta” do Visby. Około siedemnastej wjeżdżamy tam od południowej strony i zamykamy w ten sposób kółeczko zaczęte 10 dni temu. Zatrzymujemy się przy Coop-ie, żeby zrobić zakupy. Drogą za murami dojeżdżamy do miejsca gdzie był nasz pierwszy nocleg, Na „naszym” miejscu ktoś postawił namiot więc odchodzimy kilkadziesiąt metrów dalej. Stawiamy namiot i robimy kolację. A potem ucztujemy. 10 dni temu stąd wyruszaliśmy nie wiedząc co nas czeka. Mieliśmy tylko nadzieję, że przeżyjemy fajną przygodę. Tych przygód po drodze było dużo. Słońce, wiatr, deszcze, burze. Asfaltowe drogi i leśne ścieżki, kempingi i dzikie plaże. Kościoły i cmentarze. A przede wszystkim piękne krajobrazy z raukarami.
Dwunastego dnia wstajemy wcześnie bo musimy zdążyć na prom o 8:50. Około 8 jesteśmy już w porcie. Ustawiamy się w kolejce za samochodami. Gdy nadchodzi nasza kolej podaję bilety człowiekowi w kasie. Patrzy na bilety, sprawdza w komputerze i coś mu nie pasuje. W końcu się odzywa - te bilety są na jutro a nie na dziś. Rzeczywiście na biletach jest data wyjazdu 18 lipca a dziś jest 17. Sam te bilety rezerwowałem na 18. Gdy zastanawiamy się co robić człowiek w kasie mówi, że spróbuje zmienić nam datę wyjazdu na dziś. Udaje mu się. Tyle że zamiast foteli dostajemy miejsce w barze. Po prawie 3 godzinach dopływamy do Nynashamn. Rezerwację do Gdańska też mamy na jutro. Dziewczyna w kasie Polferries mówi, że na dziś nie ma już wolnych kabin. Musimy zostać do jutra w Nynashamn. Pokazuje nam na planie gdzie jest kemping. Jest dopiero 13, pogoda piękna, decydujemy więc, że jedziemy gdzieś za miasto. Patrząc na mapę wydaję się, że najładniejsza powinna być trasa na wyspę Toro. Zaraz za Nynashamn wjeżdżamy w piękne lasy. Drzewa tu są dużo wyższe niż na Gotlandii. Dużo też jest skał. Bez bagażu jedzie się lekko i przyjemnie. Ledwie nadążam za Joanną.
Niedaleko od mostu na Oxno musimy się zatrzymać. Jest wypadek i policja dalej nie puszcza. Jakiś Szwed tłumaczy, że czekają na helikopter. Przylatuje po kilkunastu minutach. Pilot pokazuje swoje mistrzostwo i ląduje na drodze tuż przy drzewach. Zabierają rannego i odlatują. Oxno, Svardso i Toro to wysepki typowo letniskowe, gdzie nad brzegami morza bogaci Szwedzi mają swoje domki i prywatne przystanie jachtów. Z tego też powodu mało gdzie można podjechać do brzegu. Ale i tak widoki są piękne. Dojeżdżamy do Ankarudden. Dalej drogi nie ma. Można jedynie popłynąć statkiem na wyspę Oja. Odpoczywamy w porcie w Ankarudden trochę ponad pół godziny i.wracamy tą samą drogą bo innej nie ma. Gdzieś po drodze, gdy zatrzymaliśmy się na chwilę, mija nas troje rowerzystów, z których dwoje ma sakwy Crosso. To ci, z którymi mijaliśmy się na Faro a potem przed Slite. Krzyczę - dzień dobry, jedna z dziewczyn odkrzykuje - dzień dobry, skąd jesteście?. Z Białegostoku, a wy? Z Gdańska - odkrzyknęła i pojechała dalej.
Do Nynashamn dojeżdżamy równo o 18. Ostatni wieczór w Szwecji to przykre wspomnienie. Kemping w Nynashamn znajduje się przy plaży miejskiej. W dzień było tam dużo ludzi opalających się i przyjemnie spędzających czas. Wieczorem zaczęła się złazić młodzież, której jedynym celem w życiu jest pokazać, że nie obowiązują jej żadne normy zachowania. Krzyki, wyzwiska, głośna muzyka. Ale prawdziwy popis chamstwa po 23 dali Polacy. Wydaje się, że to jakaś grupa mieszkająca na stałe w Nynashamn. Głośna dyskusja gęsto przeplatana popularnymi w Polsce słowami na „k”, „ch” i „p” Jakiś osobnik usiłował udowodnić kolegom jaki to on ma wspaniały motocykl. A zwłaszcza jak głośny jest jego motocykl. Dziwię się, że nikt policji nie wezwał. Wreszcie około 1 w nocy motocyklista z głośnym rykiem silnika odjechał, inni się rozeszli a my mogliśmy zasnąć.
Trzynastego dnia rano po śniadaniu pakujemy częściowo bagaże ale ponieważ prom mamy dopiero o 18 to decydujemy, że teraz pójdziemy spacerkiem do portu po bilety, a potem wrócimy po bagaże i rowery. Pogoda piękna więc wybieramy trochę okrężną drogę przy plaży miejskiej a potem przez południowe dzielnice Nynashamn. Odbieramy bilety w kasie Polferries i najkrótszą drogą (wcale nie śpiesząc się) wracamy na kemping. Około 14:30 opuszczamy kemping. Joanna idzie do recepcji oddać numerek na namiot. Nie ma jej przez dłuższą chwilę. Wreszcie wychodzi i mówi, że mamy dopłacić 25 koron za przekroczenie o 2 godziny doby hotelowej. Gdy dojeżdżamy do portu już zaczęli wpuszczać na prom. Porządkowy kieruje nas do kolejki z motocyklami. Po kilkunastu minutach oczekiwania wjeżdżamy na prom. Jak poprzednio rowery zostawiamy na pokładzie samochodowym. Gdy odpływamy z Nynashamn jest piękna pogoda. Dlatego na pokładach widokowych jest pełno ludzi. Powoli mijamy dziesiątki wysp i wysepek. W pewnym momencie wyprzedza nas prom płynący na Gotlandię. Być może wiezie też rowerzystów, którzy pojadą tą samą trasą co my. Na pewno nie będą żałować.
Zakończenie.
Do Gdańska dopłynęliśmy o 13 następnego dnia. Za poradą
spotkanych w porcie rowerzystów z Tych pojechaliśmy nadmorską ścieżką przez
Sopot do Gdyni. Tam ledwo zdążyliśmy na pociąg. W sumie przejechaliśmy rowerami
Więcej zdjęć można zobaczyć w Galerii
|
Żaden komentarz nie wystawiony
mXcomment 1.0.7.::.Polish Version - JoomlaPL.com Team © 2007-2010 - visualclinic.fr
License Creative Commons - Some rights reserved
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|


Następnego dnia wracamy do Visby. Zwiedzanie zaczynamy od
informacji turystycznej. Ponieważ darmowe mapy są niezbyt dokładne kupujemy
mapę w skali 1:100000 za całe 79 koron. Visby to mury miejskie i ruiny
kościołów ale także muzea.